Owszem. Było między nami zbliżenie. Na jakieś trzy metry. Zawód wykonywany rzucił
mnie na rubieże Trzeciej Rzeczypospolitej. Hotel na odludziu. Niby normalny. Ale jeszcze
nie wiedziałem, że ajent oszczędza. Ciemny wieczór - tym bardziej jaśniał neon przedstawiający
damę w pozie lubieżnej. Rozświetlał nieco elewację budynku i fragment pobliskiego lasu,
tłumacząc niejednoznacznie głęboki półmrok wewnątrz lokalu. W pokoju urządzonym tak tandetnie,
że chyba z rozmysłem, pięć lampek, ale tylko jedna żarówka. Kaloryfer - trup.
W takiej sytuacji lgnie się do ludzi. Restauracja w stylu "wczesny Gierek", gdyby nie współczesne
trunki i rurka na półmetrowej scence - znak, że będzie ostro.
- Czemu tak zimno?
- Ajent oszczędza. Co podać?
- Filet z kurczaka i trzy herbaty z cytryną. Z trzema cytrynami!
Jestem sam. Tylko przy barze dziewczyna. Ma doczepiony metr włosów blond. To musi być ona.
I jest. Nagle bucha muzyka. Choinkowe lampki udrapowane estetycznie przy rurce błyskają
nerwowo. Blondyna wbiega na scenkę w bieliźnie. Bielizna jest skromna, żołnierska,
by nie powiedzieć frontowa. Czule obejmuje rurkę, przywodząc na myśl dzieciństwo spędzone
przy trzepaku. Syndrom trzepaka. Dziecięca choroba. Pieści rurkę (pieści rurkę lizał) - znać
na tym odludziu to jej jedyny przyjaciel.
Ale nie zdjęła nic. I ja się nie dziwię. Ajent oszczędza. Zimno. Po półgodzinie to samo,
ale w innych majtkach. Może cieplejszych. Tymczasem przybyło gości. Trzech budrysów
z sąsiedniej wsi. Zajęli stolik przy samej scence. Zamówili trzy kawy (sypane w szklankach).
Co pół godziny rozbłyskała choinka przy rurce i wiało muzyką, jak grozą. Ale nie pokazała.
Koło północy zamówiłem ostatni filet i herbaty. Ci trzej - kolejne sypane w szklankach.
Poszedłem spać, ale budziły mnie regularne eksplozje dźwięków z dołu i przejmujący ziąb.
Z ciekawości zszedłem jeszcze na dół. Trzej przysypiali nad kawą. Rurka sztywniała
to od pieszczot, to od zimna. Nie pokazała.
Wstałem późno. Na dole przy barze siedziała ona. Tym razem w dresie Adidasa.
Włos miała od pięty. Piła kawę, paliła papierosa. Trzech już nie było. W wykładzinie wokół rurki
okrągły ślad po obcasach. Jak przerębel.
- Filet i herbata?
- Nie. Jajecznica na maśle. Wyjeżdżam. Odbieram dowód w recepcji.
- Chciałem porozmawiać z ajentem.
- Ajentką. Siedzi przy barze. Ta w dresie.
Machnąłem ręką. Wychodzę. Przy ścianie potłuczone szkło. Ktoś damie z neonu upierniczył
kamieniem nogę. Nie dziwię się. W Janowie nie pokazują.
Kiedy zawodzą przymiotnik, metafora, wrażliwość i wyobraźnia, sięgamy do liczb.
Nie muszą służyć wyłącznie rachunkom. "Kocham cię ogromnie". "A ja ciebie sto razy bardziej!"
I proszę, można kochać bez przymiotników? Można się bawić bez alkoholu? Można,
tylko trzydzieści razy gorzej.
Być w Paryżu to żadna sztuka. Każdy głupi potrafi. Ja bytem w Irkucku! Na Syberii!
To oddzielna sprawa, że w Irkucku nie ma nic ciekawego, ale byłem. Gapiłem się na wodoloty
ślizgające się po Angarze, tylko ile można. Przy pobliskiej cerkwi kilka znaczniejszych mogił.
Wyróżniał się czarny marmurowy obelisk otoczony łańcuchami. Na nim złote litery - zapis dramatu
z ubiegłego stulecia. Napiąłem się intelektualnie i wyczytałem tyle:
"Tu leży Iwan Stiepanowicz Sercow
Prezes Gildii Kupieckiej Buriackiej Obłasti
Najdroższy mąż i ojciec
Wielki przyjaciel i szczodry darczyńca
Cześć jego pamięci!"
No i cześć! Gdyby nie to, że pod pełnym bólu wyznaniem ku paraliżującemu
zdumieniu wyczytałem jeszcze:
"Za całość obelisku wraz z kwaterą i łańcuchami wdowa zapłaciła 915 rubli i 23 kopiejki".
Początkowo zawrzałem, potem się obśmiałem, a na koniec spytałem: a czemu niby nie?!
Jak, na miłość Boską, mieli określać stan swoich emocji czy stopień poświęcenia ludzie,
których życie upływało pomiędzy kałamarzem, liczydłem, metrem i wagą? Jak mogły brzmieć słowa
miłości Iwana do żony? Może tak: "Kocham Cię, Duszko, jak 98" (100, to Pan Bóg).
Czy przez to mniej kochał?
Więc jak ona, bidulka, miała odmierzyć swój szacunek do Iwana jak nie w rublach i kopiejkach,
jedynej mierze, w której umiała się poruszać? Nadchodzą czasy cyfr. Przygotujcie się na to,
że wkrótce Noble będą dostawać książki telefoniczne i kodowe. I to jest piękne jak milion dolarów!
I cieszcie się, że jeszcze "dolarów", a nie kozich kulek.
Może ci się ten tekst nie podobać, ale ciekaw jestem, jak ty byś pisał, mając świadomość,
że za dwukrotnie krótszy, a za to sto razy gorszy, felieton dziennikarzyna JB, głupszy ode mnie
jakieś trzysta razy i pięćdziesiąt razy mniej zdolny, dostaje trzy razy więcej szmalu i dwa razy częściej!
To mnie wkurwia jak sto pięćdziesiąt...
Źródło: www.garbus.niebieska-kulka.pl